|
Ślub |
Futra |
Skóry |
Buty |
Uroda |
WEDDING | FURS | LEATHER | SHOES | BEAUTY | |
| Bielizna |
Dżins |
Textil |
Sklep |
Akademia
| UNDERWEAR | JEANS | MEMBERS | KSIĄŻKI | KURSY |
| textil.com.pl | Trendy | Pokazy | Nowe technologie | Ludzie branży | Targi | Rynek | Artykuły - Publikacje |
Iza Łapińska
Ojej, mogłam zrobić lepiej

Iza Łapińska - okrzyknięta mistrzynią detalu, proponuje projekty z wykorzystaniem ręcznie robionych dodatków. Zadebiutowała pokazem w hotelu Bristol w 2004 roku. Pokaz jej ostatniej kolekcji odbył się w Paryżu.
Powiedziała pani: „nie determinują mnie trendy, dlatego moje kolekcje są ponadczasowe". Czy moda może pani zdaniem zafunkcjonować bez trendów?
Nie oglądam pokazów mody, ani Fashion TV, staram się nie śledzić mody, żeby się nie sugerować. Czasem to, co widzimy, zapada głęboko w podświadomość, a ja wolę tego uniknąć. Proszę spojrzeć: w tym roku jest modne złoto, a moja kolekcja „Złote myśli" była pokazywana w sezonie wiosna-lato 2008. Cieszę się, gdy tak się dzieje, bo wiem, że to, co powstało w mojej głowie, jest „czyste". Robię rzeczy, które są w moim mniemaniu piękne. Dążę do tego, żeby płaszcz, który zaprojektuję dziś, będzie do noszenia nawet za trzy lata. Są rzeczy: ubrania, meble, obrazy, tak piękne, że nigdy się nie zestarzeją. Niedawno jechałam z taksówkarzem na spektakl teatralny. I zapytałam go, czym jest dla niego dobra sztuka, obraz albo kreacja. A on powiedział, że dobre jest to, do czego nie trzeba budować zbędnej filozofii, co powoduje, że szczęka opada ze wzruszenia. Dla mnie to jest właśnie pojęcie piękna: musi powodować wzruszenie. Zawsze gdy jestem w Wiedniu, powracam do muzeum, w którym znajduje się obraz Durera „Stara kobieta z workiem pieniędzy". Ten obraz jest tak przepięknie namalowany, że mi się nie nudzi, powoduje, że za każdym razem podziwiam to malarstwo. 





Nie śledzi pani trendów, ale odczuwa pani ducha czasu, na który projektant powinien być szczególnie wyczulony. W tym samym czasie w różnych miejscach na ziemi powstają te same rzeczy i to nie jest przypadek, że złoto z pani kolekcji jest teraz w modzie.
Gdybym zrobiła ten pokaz we Francji, zostałby dostrzeżony jako kreacja. Teraz pokazałam w Paryżu „Ślimaki" i w domu mody Hermes spotkałam się z przedstawicielem, który zapytał, czy wiedziałam, że motywem przewodnim jego katalogu jest ślimak. Poczułam się doceniona. Pamiętam mój pierwszy pokaz, „Carska Rosja" w hotelu Bristol w 2004 roku, kiedy przychodziły do mnie dziennikarki i mówiły, że kolekcja jest niemodna. Zainteresowały się mną dopiero wtedy, kiedy Jean Paul Gaultier zrobił kolekcję w stylu carskiej Rosji.
Do jakiego stopnia projektant powinien pani zdaniem kreować trendy, a w jakim stopniu je śledzić?
Jeśli projektujemy do domu mody, który ma sieć butików, to trend jest bardzo ważny, trzeba być wyczulonym, obserwować ulice. Ja zawsze obserwuję kobiety, ale jestem marzycielką - ja bym chciała te kobiety zmienić. Brakuje mi w dzisiejszych czasach kobiecości. Dzisiaj akurat mam na sobie dżinsy, ale ja nie lubię kobiet w spodniach. Kobieta w spodniach jest chłopczycą. Mężczyźni oglądają się za kobietami w sukienkach. Kobiety to niestety podeptały. Emancypacja, wyzwolenie jest super, ale bądźmy czasem kobiece, jak Adjani, Beart, Belluci, Deneuve, Loren. One we wszystkich filmach, które kreowały kobiecość, występowały w sukienkach.
Nie można jednak odmówić kobiecości Katherine Hepburn albo Marlenie Dietrich...
Dietrich jest mi bardzo daleka.
A Katherine Hepburn?
Nie. To wdzięczna postać.
Ona także promowała męski look.
Gdy ktoś mówi, że moje projekty nie są w jego stylu, to ja się cieszę. Ja nie ubieram się u Calvin Klein, bo to nie jest mój styl, choć podziwiam niektóre jego projekty. Fajnie, że mamy mnóstwo projektantów, trendów i każdy może coś dla siebie wybrać. Nigdy nie mówię, że moje ubrania są najlepsze.
Sprowokuję panią i powiem, że trendy na przyszłe sezony proponują zmaskulinizowaną modę damską. Kobiety chętnie przejmują elementy męskiej garderoby. W jaki sposób godzi pani potrzeby klientek ze swoim konsekwentnym stylem kobiecości?
Jak jest pani na pokazach, to nie każdy styl się pani podoba i nie do każdego projektanta przyszłaby pani po kreację. Tak samo jest w drugą stronę. U mnie ubiera się na przykład Małgosia Foremniak oraz Jola Fraszyńska. Styl Joli przypomina mi trochę Sofię Coppolę. Lubię także francuski styl. Są kobiety, które chcą być bardziej seksowne, emanować kolorem. Dla nich jest dobry Cavalli. Sama nigdy bym nie ubrała jego sukni z pantery, ale zrobiła to Sharon Stone i wyglądała w niej pięknie.
Zdarzyło się pani odmówić wykonania projektu?
Bardzo często. Ja jestem „radiem klasyka". Nie dążę do tego, żeby kochali mnie wszyscy. Lubię klientki świadome. W hotelu Polonia Palace jest gablota z moimi kreacjami. Przez swoje roztrzepanie zapomniałam umieścić na niej logo, a mimo to jedna pani z gości hotelu rozpoznała mój płaszcz. To jest dla mnie nobilitacja. Czuję wtedy, że tworzę swoją historię. Nawet marki kosmetyczne, z którymi współpracuję, to marki niszowe, opracowane dla procenta kobiet świadomych swoich wyborów.
Pani znakiem rozpoznawczym jest unikatowość. Przylgnęło do pani hasło „mistrzyni detalu". Skąd przywiązanie do rękodzieła? Czy nie myślała pani o kolekcjach dla szerszego odbiorcy?
Zdarzało mi się robić sukienki dla firm, które potem je odszywały. Uważam, że jesteśmy krajem, gdzie dziedzictwo haftu i dawnego rzemiosła jeszcze jest zachowane. Francuzi, Włosi czy Hiszpanie bardzo tęsknią za tym, co mamy, ale nie mają już ludzi, którzy to potrafią robić. My powinniśmy się tym chwalić, a nie doceniamy tego, traktujemy to jako staroświeckość. A na świecie właśnie to jest w modzie, kupują to elity, które na to stać. To jest jak Maybach.
Maybach ma dłuższy termin ważności niż haftowana bluzka.
Teraz jest trend powrotu do rzeczy dobrze zrobionych. Luksusem są również ręcznie wykonane guziki w garniturze, a nie tylko samochód czy jacht. Świat już w tę stronę podąża, dlatego znajduję rzemieślników w całej Polsce, srebrzarzy, którzy robią klamerki, kują srebrne guziki, wkładają perły. To mnie wzrusza, że oni chcą poświęcić na to czas, kiedy świat jest taki szybki. My tego nie szanujemy. Po wojnach kobiety były zmuszane do szycia czy haftowania, żeby przeżyć, dlatego teraz tak tego nie lubimy i nie pojmujemy w kategoriach sztuki. Historia to zdezaktualizowała i młodzi ludzie tego nie doceniają. Trzeba ich w tym zakresie edukować.
W jaki sposób? Czy to właśnie jest rolą projektanta?
Myślę, że tak. Weźmy pod uwagę Christiana Lacroix, który cały swój geniusz oparł na ręcznej pracy. Jego suknie to są metry ręcznie robionych koronek.Tylko że to są unikaty, które nie trafiają do masowego odbiorcy i nie wchodzą do świadomości ogółu.
Moda jest pani zdaniem bardziej nastawiona na elitarność czy na masowość?
Moda była zawsze nastawiona na snobizm i elitarność. Przy okazji na tym się robi duże pieniądze i sprzedaje masowo. Ktoś sobie buduje nazwisko, a potem ludzie chcą mieć coś autorstwa tego projektanta. Ja szukam klientów świadomych swoich wyborów, a nie kupujących tylko dla metki. Nigdy nie będę projektowała mody sricte ulicznej, moje ubrania to jakość. Tworzę z miłości do tego, co robię. Myślę, że czasami warto jest zrobić limitowaną serię odszywanej odzieży, bo zdarza się, że jakaś sukienka albo bluzka jest hitem. Nawet ostatnio na jednej imprezie Ilona Felicjańska i Beatka Ścibakówna przyszły w tych samych bluzkach.
Ciekawe czy to dobrze, czy niedobrze.
Miło. Projektant musi sobie zadać podstawowe pytanie: kim są jego odbiorcy. Za chwilę będę otwierała sklep ze wzorami w 30 egzemplarzach. Każdy będzie miał ręcznie odszywany detal, więc będzie trochę inny. Pieniądze i oklaski kiedyś się skończą, a ja chciałabym, żeby projektowanie było wypełnieniem mojego życia. Andrzej Żuławski w pewnej książce powiedział, że stworzył tyle filmów, bo miał taką potrzebę. Jak nie czuje wewnętrznej potrzeby, to robi sobie przerwę. Nie rozumiem sytuacji, w której jadę na Premiere Vision, widzę, że modny jest czerwony, przyjeżdżam do Polski i robię 50 czerwonych sukienek. Nie! To musi w duszy zagrać! Jadę na Sardynię, do Indii, obserwuję, jak ludzie malują batiki, piękne wzory, kamee i nagle wiem: zrobię kolekcję w kamee, tylko w środku zamiast twarzy będzie np. kwiat albo ślimak, albo róża.
Pani pierwsza kolekcja była pokazywana w Paryżu.
To była jedna z moich ulubionych kolekcji - „Pensjonarka" z 2004 roku.
Dlaczego zdecydowała się pani na pokazanie kolekcji najpierw w Paryżu?
Wszyscy mi mówili, że moje ubrania są takie paryskie. To było rzeczywiście dość odważne: zaprosiłam francuską telewizję i prasę. Nie poinformowałam polskiej prasy o wyjeździe, nie chciałam powielać moich kolegów, którzy robią pokaz w Paryżu i zapraszają wszystkich z Polski.
Gdzie się odbywał ten pokaz?
W Hotelu Le Maurice, to jest 300 metrów od Luwru. To bardzo stary, przepiękny hotel. Mogliśmy w nim podziwiać Catherine Deneuve, która tego dnia jadła lunch.
To chyba ona podziwiała kolekcję.
Ona nie podziwiała kolekcji, bo nie mogła przyjść na pokaz, choć moja agentka z nią rozmawiała. Deneuve jest twarzą YSL i w dalszym ciągu chodzi na jego pokazy. Nie jest tak łatwo zdobyć gwiazdę od razu na pierwszy pokaz. Ale i tak to był duży sukces.
A jak wypadł pokaz „Ślimaków"?
W Paryżu trzeba pokazać coś, czego nie znajdzie się na innych pokazach. Inaczej, to by się nie wyróżniło i nie miało szansy na tamtym rynku. Cieszę się, że moja filozofia, którą sobie wymyśliłam, owocuje.
Jak się pani udało zadebiutować w Paryżu?
Zawsze mówię, że jestem dzieckiem szczęścia. Odkąd przyjechałam do Warszawy, poznaję ludzi, którzy są pomocni. Kiedyś przyszła do mnie pani, która kupiła sukienkę i zapytała, czy mam atelier. Jak jej powiedziałam, że nie, to mi pomogła. Pani Alicja Resich-Modlińska, która była 7 lat temu twarzą „Gali" zgodziła się poprowadzić mój pierwszy pokaz, powitać gości, pokazała też zdjęcia w swoim piśmie i zrobiła to zupełnie bezinteresownie.
Trudno było zadebiutować w Warszawie dziewczynie z Suwałk?
Ludziom udaje się, kiedy nie mierzą, czy będzie ciężko, czy ktoś ich polubi. Ja byłam bardzo szczerze nastawiona do ludzi. Pomyślałam: pokażę wszystkim to co robię i to co kocham, podzielę się tym ze światem. Może dlatego tak pięknie i lekko to wyszło.
To była ryzykowna postawa, oscylująca o naiwność.
Bardzo zaryzykowałam pierwszym pokazem. Pierwsze lata były trudne. W tamtym okresie wierzyłam, że ludzie docenią coś zupełnie nowatorskiego. Pomyliłam się, ale dzięki temu, że miałam siłę iść moją własną drogą, nie pożyczoną od nikogo, jestem przykładem na to, że prawda i konsekwencja zwyciężają. Życzę tego wszystkim artystom.
A propos artystów, prowadziła pani w Warszawie pierwszy pub-galerię Rybie Oko. Pokazywała tam pani prace Pawła Żaka, Mariana Szmidta.
Lubię rzeczy piękne: dobre obrazy, fotografię, muzykę. Staram się pomóc młodym ludziom, którzy nie mogą się przebić. Byłam wtedy na studiach, robiłam już ubrania, ale chciałam znaleźć sposób, żeby mnie było na to stać. Miałam lokal, w którym postanowiłam otworzyć pub dla fotografów. Zaczęli do mnie przychodzić prawdziwi artyści, jak Szmidt, Żak, również Rafał Latoszek. Robiłam im wernisaże. Ubrania, fotografie, obrazy muszą poruszać. Mogłabym robić zdjęcia i umieszczać je na pięknych kreacjach, albo zatrudniać malarzy.
Ostatnia kreacja jest inspirowana malarstwem.
Tak, Włodzimierza Szpingera, któremu bardzo podobają się moje kreacje. Na moim pokazie był również Siudmak - bardzo uznany i ceniony na świecie malarz. Kiedy artysta o takiej klasie wypowiada się o moich ubraniach, to jest to dla mnie prawdziwe i wielkie. Kiedy dojdę do pewnego stopnia finansowego, chciałabym przede wszystkim promować właśnie zdolnych ludzi, którzy nie mają mecenatu w kraju.
W jaki sposób pomaga pani młodym projektantom? Mogą odbywać staż w atelier?
Na razie jeszcze nie. Sama się jeszcze uczę. Jeżeli powiedziałabym, że osiągnęłam już wysoki poziom, to tak jakbym się skończyła. Człowiek ciągle się uczy. Zawsze, jak zrobię kolekcję, to mówię: „ojej, mogłam to zrobić lepiej".
Rozmawiała: Natalia Wrzesień

13 sierpnia 2009, godz. 11:27
|
Wypowiedzi są prywatnymi opiniami użytkowników. |