|
Ślub |
Futra |
Skóry |
Buty |
Uroda |
WEDDING | FURS | LEATHER | SHOES | BEAUTY | |
| Bielizna |
Dżins |
Textil |
Sklep |
Akademia
| UNDERWEAR | JEANS | MEMBERS | KSIĄŻKI | KURSY |
| textil.com.pl | Trendy | Pokazy | Nowe technologie | Ludzie branży | Targi | Rynek | Artykuły - Publikacje |
Michał Starost
Za wszystkim musi stać warsztat

Rozmowa z Michałem Starostem, jednym z czołowych i najbardziej wszechstronnym z polskich projektantów, działającym od lat 90., autorem licznych kolekcji pokazywanych na całym świecie. Jego kolekcja „Grzech" przyciągnęła uwagę światowej sławy kreatora mody Paco Rabanne i została zaprezentowana podczas promocji jego książki „Trajektoria: linia życia" w Polsce. Obecnie projektant współpracuje z warszawskim butikiem Violet Room.
Bardzo długo pracowałeś w Sopocie, później współpracowałeś z warszawskim domem mody Forget-Me-Not. Miałeś też pracownię w Londynie.
W Londynie powstał „Michael fashion club", założony przez londyńskie klientki. Miałem wrażenie, że w Londynie marnuję za dużo czasu. Ciągłe podróże pomiędzy Warszawą i Londynem, ciągłe przeprowadzki, ciągłe podejmowanie decyzji, gdzie osiąść... Jak to zwykle w życiu bywa decyzja podjęła się sama za sprawą klientek i przyjaciół. Londyn przyjechał za mną do Warszawy.




W jaki sposób dotarłeś do klientek w Londynie?
Dzięki Ewie Ewart, kluczowej postaci BBC w dziedzinie reportażu polityczno-wojennego, która przyjechała do Polski realizować jeden z filmów cyklu o upadku komunizmu w Europie Środkowej. To jedna z ważniejszych dziennikarek, zdobyła kilka Oscarów publicystycznych. To bardzo znamienita postać i moja stała klientka od 1998 roku. W trakcie spotkania z prezesami stoczni, dowiedziała się, że jest tam klub Kazamaty, w którym co tydzień odbywa się fashion show. Wtedy Jola Słoma i Mirek Trymbulak, Ela Kraszewska i ja, to była trójca modowa w Trójmieście. W Kazamatach przedstawialiśmy młodych twórców z całej Polski. Od tego zaczęła się nasza znajomość. Ewa jeszcze bardziej się mną zainteresowała, kiedy odmówiłem jej wystąpienia w filmie. Powiedziałem, że gdybym chciał grać w filmach, to bym poszedł do szkoły aktorskiej, a nie zajmował się modą i krawiectwem (śmiech).
Przecież moda to również szkoła aktorstwa, a na pewno autokreacji...
Tylko że ja jestem wychowany na starym Sopocie, gdzie „parcie na szkło" było w totalnie złym stylu. Kompletnie nie rozumiałem Warszawy. Zacząłem ją akceptować w czasie współpracy z domem mody Forget-Me-Not. Z obowiązku chodziłem na wszystkie bankiety, choć nie jestem łakomym kąskiem dla fotoreporterów (śmiech).
W czasie współpracy z Forget-Me-Not zaprojektowałeś około 17 linii pret a porter. Kiedy zaczęła się ta współpraca?
Pierwsza linia dla Forget-Me-Not była pokazana na pierwszym Warsaw Fashion Street. To była kolekcja pret a porter, choć do tej pory zamawiano u mnie przede wszystkim tzw. pokazy haute couture. Przez długi czas współpracowałem przecież z Galą Amberifu. Gale Amberifu są kontynuacją pomysłu połączenia mody i sztuki, który realizowano podczas „Moda, znaki, rock and roll" i cyklu programów telewizyjnych Lalamido To było miejsce, z którego wyrośli: Big Cyc, Kazik, Wiesia Warszawska, Magda Bem, Ola Kobielakowa, Wiganna Papina i wiele innych.
Nie są to tylko modowe nazwiska.
W Trójmieście moda to nie tylko to, co na wieszaku, ale styl bycia, pewna filozofia. Moda była połączona z muzyką. Na moich pierwszych pokazach organizowanych przeważnie w teatrach, trwających nawet do dwóch godzin śpiewała Justyna Steczkowska, Golden Life, No Limits, Łyszkiewicz... Potem „Moda, znaki, rock and roll" tworzyło cykl bardzo dużych pokazów z wieloma obecnie topowymi modowymi nazwiskami.
Bardzo nostalgicznie wspominasz „stary Sopot". Dlaczego zdecydowałeś się na przyjazd do Warszawy?
Bardzo długo nie mogłem się przekonać do Warszawy. W Sopocie miałem pracownię, w której bywano. Ludzie wpadali na kawę, potem przeniosły się tam wieczory panieńskie. W końcu poczułem, że osiągnąłem wszystko co mogłem. Pozostawało mi już tylko uroczo się starzeć, a 32 lata to chyba na to za wcześnie. Wtedy zainteresował się mną Londyn, poznałem fantastycznych ludzi, m.in. modystkę, która tworzyła kapelusze na wyścigi w Ascot. Pracowałem przy koncercie Jamesa Browna i Lionela Richie. Pamiętam jak ściągnięto dla chórku Jamesa Browna suknie z Włoch. Wszystkie były złe. W ciągu dwóch dni musiałem stworzyć je na nowo, ale wtedy zobaczyłem coś niezwykłego. Na godzinę przed koncertem każdy spokojnie siedział w swojej garderobie. Żadnego amoku, biegania, krzyków ani afer. Jak widzisz coś takiego, to nie jesteś potem w stanie przemóc się do wielu rzeczy, które odbywają się w superprodukcjach polskich festiwali. Lubię pracować w teamach, ale do tej pory nie znalazłem zespołu, w którym byłbym jednym z elementów, a nie lokomotywą pociągową. Cudzoziemcy, z którymi pracuję zawsze mówili, że nie znoszą naszego polskiego powiedzenia „postaram się" (bo wtedy na pewno nie dostaną tego co chcą) i spychania odpowiedzialności na innych.
Rzeczywiście trzymasz się na uboczu modowego światka.
Bardzo nie lubię niekompetencji. Rozumiem szaleństwo, „freakowość", awangardę, ale nienawidzę ukrywania pod tym braków warsztatowych! Z tego powodu długo satelitowałem obok. To się zmieniło, kiedy zacząłem współpracę z Forget-Me-Not. Wtedy poznałem, jak działa Warszawa, a działa kompletnie inaczej niż cały świat! W Sopocie było tak, że jak raz „dałeś ciała", to już nikt więcej z tobą nic nie zrobił, w Warszawie jest na odwrót! Tu nie jest ważne, co potrafisz, tylko kogo znasz.
Miałeś liczne pokazy za granicą, od Petersburga po New Delhi i Stany Zjednoczone. Gdzie leżą różnice między polskim a zagranicznym światem mody?
Choćby w organizacji pokazu. Tutaj przed pokazem jest „siwy dym", modelki biegają w amoku, a na przykład w Niemczech oglądałem swoje pokazy z widowni, bo nie miałem nic do roboty. Tam na dwie modelki przypada jedna garderobiana, do prasowania są trzy osoby. Jak się coś wydarzy, np. urwie się ramiączko, to druga modelka wychodzi przed pierwszą i nie burzy to choreografii. Skoro tam można dopilnować takich rzeczy, to dlaczego tutaj nie można? Ten sam brak kompetencji jest w mediach. W Polsce nazwiska teoretycznie opiniotwórcze, jak powiedział Pratchett, „wypowiadają prawdy oczywiste i rzeczowe, oparte o kompletny brak wiedzy i doświadczenia". Czytam, że w mojej kolekcji użyto poliestru. Czy ktokolwiek przyszedł po pokazie na zaplecze i zapytał o materiał? Nie! To często nie wynika ze złej woli, tylko z braku wykształcenia. Trudno wymagać wykształcenia np. od przeciętnego stylisty, ponieważ żadna szkoła nie uczy stylizacji. Oczywiście mamy wiele wybitnych nazwisk z olbrzymim doświadczeniem zdobytym „na polu walki" i dbających o rzeczy, pracujących w czołowych tytułach: Blaszewski, Ania Męczyńska, Jola Czaja, Pola Madej i wiele innych, ale to nie miejsce na ranking stylistów (śmiech).
Skoro zauważasz tu tyle niekompetencji i braku doświadczenia, to dlaczego wyjechałeś z Londynu i projektujesz w Warszawie?
Nigdy na stale nie wyjechałem z kraju. Mam w sobie dużo patriotyzmu. Jestem Kaszubem. Lubię Polskę. Żyjemy w kraju olbrzymich swobód obywatelskich. W Stanach na każdym otwartym pokazie (bo nie mówię o fashion weekach czy prywatnych imprezach) był szeryf, który sprawdzał, czy nie obrażam moralności publicznej. W Polsce to jest nie do pomyślenia!
Jesteś z zawodu krawcem. Ukończyłeś klasę rzemieślniczą cechu gdańskiego.
Ta klasa uczyła krawiectwa damskiego ciężkiego. Przystosowywano nas do pracy w zakładach klasy S. Te zakłady na zachodzie byłyby pracowniami haute couture. W tej szkole uczono obsługi i psychologii klienta, projektowania i rysunku zawodowego, było materiałoznawstwo, technologie. Wszystkie projekty trzeba było narysować technicznie, skroić i wykonać. Mieliśmy bardzo dobrych wykładowców, to byli starzy mistrzowie. Ja musiałem wykonać rzecz w dłoniach, nie używając maszyn. Pokazano mi, że za wszystkim musi iść warsztat, nawet za awangardą.
Co robiłeś po ukończeniu tej szkoły?
Chciałem się nauczyć innych metod pracy. Jako 19-latek poszedłem do zakładu konfekcyjnego, żeby się nauczyć całego cyklu produkcji, od krojczego do kierownika produkcji. Po 4 latach zostałem kierownikiem. Wtedy obszywałem wszystkie moje koleżanki, chodziliśmy wszędzie razem i ktoś z telewizji gdańskiej zauważył naszą kolorową grupę. Dziewczyny znały moje podejście do mediów i nic mi nie mówiąc, zgłosiły mnie do konkursu. Okazało się, że zdobyły dla mnie parę wyróżnień. No i poszło. Zainteresowała się mną producentka Telewizji Gdańsk, przygotowano kilka programów, zainteresował się Profilm, rozpoczynałem pierwszy cykl „Moda, znaki, rock and roll" kolekcją „Grunge". Potem zasmakowałem sceny, zacząłem się jej uczyć. Taki efekt domina: mówisz A, to musisz powiedzieć B, jak mówisz B, to dalej jest C i tak trwa to do dziś.
Twoja szkoła przygotowała cię do wysokiego krawiectwa. Czy w Polsce wysokie krawiectwo rzeczywiście funkcjonuje?
Nam się wydaje, że Haute Couture to są te wielkie suknie na Oscary, a praktycznie każda duża pracownia szycia miarowego jest pracownią haute couture. Haute Couture jest zrzeszeniem, które powoduje, że zyskujesz klientki o większym statusie społecznym. Ten tytuł dostaje najczęściej dom mody, który musi spełnić dziesiątki warunków.
Starałeś się kiedyś o możliwość używania nazwy Haute Couture?
Jeżeli za parę lat będę się dalej rozwijał na tyle, że Polska stanie się dla mnie za ciasna, to być może wtedy będę się o to ubiegał. Masz całe życie na przebycie założonej drogi, nie możesz osiągnąć wszystkiego w ciągu 10 pierwszych lat, bo zostaniesz 45-letnim emerytem. I co zrobisz z następnymi 40 latami? Chciałbym osiągnąć szczyt swojej pracy w wieku 45-50.
Pytam cię o wysokie krawiectwo w Polsce, ponieważ boom na indywidualne projektowanie rozpoczął się u nas stosunkowo niedawno. Znamienne, że najbardziej medialne nazwiska polskich projektantów to jedno pokolenie około 30-latków. Ty jednak działasz dłużej.
Zainteresowanie projektowaniem indywidualnym było zawsze, również wtedy, gdy projektanci pracowali w zakładach. Kiedy rynek został uwolniony, okazało się, że są czasopisma, ale nie ma nazwisk. W latach 90., gdy na nasz rynek wchodziło „Elle", co wydanie przylatywała z Francji stylistka, która akceptowała ubrania do sesji ze względu na ich wykonanie. W każdym większym mieście byli korespondenci, którzy szukali młodych twórców. Młodzi tworzyli wtedy awangardę, której się nie dawało pokazać w gazecie. Czytelniczki nie wyjdą z ptakiem na głowie i dwiema poduszkami związanymi kiełbasą czy w sukni z podpasek, bo na tym niestety polegała źle rozumiana awangarda (śmiech). Okazało się, że nie ma nowych nazwisk tworzących modę. Pierwszą z nowego pokolenia była Joanna Klimas, z biegiem czasu pojawił się Maciek Zień, Ossoliński, Paprocki Brzozowski, Baczyńska, Woliński, którzy do dziś tworzą ścisłą czołówkę nazwisk modowych.
Powiedziałeś: „Nie szyję dla wszystkich, bo nie wszystkich lubię". Kogo nie lubisz?
To nie tak. Każdy projektant ma swój styl. Jeżeli widzę, że gust klientki jest inny niż mój, to wiem, że będzie się źle czuła w mojej rzeczy. Nigdy nie wykonam sukienki tak jak Gosia Baczyńska, ponieważ nie jestem Gosią Baczyńską! To tak jak z malarstwem. Jak przed jednym pejzażem posadzisz dziesięciu malarzy, to otrzymasz 10 różnych obrazów.
Obejrzałam twoje wzory indywidualne, chcąc stworzyć klientkę profilową. Nie udało mi się. Co łączy Dodę, Kasię Kowalską, Grażynę Torbicką i Big Cyc?
Moja klientka profilowa jest kobietą, która ma wiele twarzy i każdą prawdziwą (śmiech). Projektant musi rozpatrywać potrzeby. Klient jest różnorodny. Trzeba go poznać, zobaczyć, dowiedzieć się, jakiego wizerunku potrzebuje. O Dodzie, która ubrała moją sukienkę na Super Jedynki - czarną, plisowaną, gorsetową, z dużym rozporkiem, napisano że wygląda z klasą. A przygotowałem jej też różowy „odzieżowy tort". W życiu nie ubiorę Dody jak Kasię Kowalską! Przecież to absurd.
Z jednej strony „odzieżowy tort" dla Dody, a z drugiej - pokaz dla Paco Rabanne.
To były moje początki i pierwsze zderzenie z „warszawką". Połowa lat 90. Pewna agencja organizowała pokaz pt.: „Rozgrzeszenie mody". Bardzo fajny pomysł, dobrzy sponsorzy, kilka znakomitych nazwisk. Moja kolekcja była inspirowana szatami liturgicznymi, w stylu „Rzymu" Felliniego - całość na sposób trójmiejski bardzo awangardowa. Dzień przed pokazem okazało się, że agencja po prostu zniknęła! Impreza się nie odbyła. Pokazałem ją we Wrocławiu, tam ktoś to zobaczył. Wtedy Paco Rabanne promował w Polsce swoją książkę i postanowiono zrobić pokaz. Paco Rabanne dał mi dużo cennych rad, nakierował na odpowiednie tory. Byłem wtedy dwudziestoparoletnim szczeniakiem, zafascynowanym życiem. Wszystko co robiłem, musiało być obrazoburcze i zbuntowane. A on mi uświadomił, że obrazoburcza awangarda się szybko kończy.
W takim razie mogę cię teraz zapytać, co ty radzisz młodym projektantom?
Młodzi ludzie powinni budować własną estetykę. Każdego roku w Polsce ze szkół wychodzi około kilkudziesięciu projektantów. Z reguły zostają w zawodzie te osoby, które mają zaplecze albo tradycje. Moda to scena i ruch. Musi mieć walory artystyczne. Niestety w Polsce za ogólnie pojętą sztukę uważa się z reguły to, co mówi o śmierci, bólu, przemijaniu, aborcji, zdradzie i wojnie! A jeżeli sztuka mówi o radości, słońcu i kolorze, to jest postrzegana jako kicz! Polska żyje połączeniem antykwariatu z Powązkami. Wszystkim się podoba to, co wygląda jak zmasakrowany pajacyk wyciągnięty z szafy po 40 latach, bo za tym idzie rzekome przesłanie. Jakie przesłanie?! Tak naprawdę sztukę komercyjną tworzy galeria promująca danego artystę. Promuje, więc zarabia. A wypromować można każdego.
Sądzisz, że tak samo jest z modą?
Tak. Ilu mamy bardzo zdolnych projektantów, którymi nikt się nie chce zająć? Z różnych przyczyn nikt o nich nie wie. Rynek nie jest aż tak chłonny, żeby była potrzeba promowania większej ilości osób. Poza tym wiadomo, że jak wypromujesz dane nazwisko, to będziesz go bronił przez uniemożliwienie lub utrudnienie wejścia innym. I nie ma tu żadnej zawiści czy zmowy. Tak działa cały świat, to jest zwykłe pilnowanie interesów. A że Polska żyje wszystkimi odcieniami szarości, to staje się takim smutnym „damskim Beksińskim",
To lekkość tematu powoduje, że modę traktuje się lekko.
Zaraz będziemy mówić o próżności! Każde wybicie się ponad przeciętność jest ludzką próżnością! Uważasz, że Warhol to sztuka? Oczywiście, ale to też moda. Z kolei Therry Muggler projektuje sztukę, w którą można się ubrać. A co z tkaniną w ubiorze, która nie jest projektem odzieżowym? To są techniki upinania, barwienia. To za chwilę zniknie, a nikomu się nie chce tego ratować, nie ma na to czasu ani funduszy. Tak zginą zawody, nikt do nich nie wróci. Co z tego, że nauczysz się teoretycznie zawodu, skoro potrzebne są lata praktyki!
Nie chciałeś nigdy skończyć szkoły artystycznej?
Chciałem, ale teraz cieszę się, że nie skończyłem. Robiłbym następną „konstrukcję i dekonstrukcję" albo projektował pod estetykę profesora, który nie akceptuje wielu rzeczy, bo jego zdaniem są brzydkie. A co to jest „brzydkie"? Prawda, moralność, gust jest jak dupa - każdy ma swoją! Jak się komuś coś nie podoba, to nie znaczy że to jest brzydkie, a coś, co u nas jest moralne, tysiąc kilometrów dalej jest niemoralne. Nie ma tu rzeczy oczywistych. Nigdy nie będę aspirować do bycia pierwszym czołowym projektantem Polski. Życie na tym nie polega. Z projektowania można kolorowo, godnie żyć, a w wieku 50 lat stwierdzić: miałeś fantastyczne życie i teraz możesz odcinać od tego kupony.
Słyszałam, że już niedługo rusza twoja nowa strona w sieci?
Tak, to prawda mam nadzieję, że jeszcze do końca października tego roku uda się ukończyć projekt. Założeniem strony jest przede wszystkim prostota, porządek i łatwość obsługi dla klienta. Chcę, aby nowy projekt skupił w sobie zdjęcia: „mało tekstu, dużo oglądania". Już teraz mogę podać nowy adres strony, który uległ zmianie: www.michalstarost.pl.
Rozmawiała: Natalia Wrzesień
foto: Aleksandra Kaczkowska
make up: Sebastian Kaźmierczak
włosy: Sebastian Kaźmierczak
modelka: Róża Kopczyńska/ELITE Mango Models
Studio Południe
Galanteria skórzana i biżuteria: Butik Violet Room www.violetroom.com.pl
7 października 2009, godz. 13:00
Wypowiedzi są prywatnymi opiniami użytkowników. |